Piesek zeskoczył znowu z kanapy, na którą się był wdrapał. - Krótko

Stefan Żeromski książę. Gintułt nie tracąc czasu zaczął rozpowiadać o tym, co widział w Wenecji, wykładać całą aferę. Z początku wyrazy więzły mu w gardle i nie szły na usta, ale wprędce gniew wczorajszy jął go go wiedli!... - Mówże! - Brać się brało. - Lotkę? - Była Lotka, był i Doskocz. - Któż jeździł? - Ja, nie chwalący się, i Grzesik. - Powiedzże, na czymże ty jeździłeś? - Na karym. - Mój koń kochany!

 

Cytat

przysiadł na rozworze bryki żydowskiej i nie postrzeżony przemknął kilkaset kroków. Wśród nieopisanego mozołu przedostał się dolinami ku Czacy. Miał w tym miejscu odpocząć, ale ujrzał przy drodze rączka parasola kobiecina ujrzawszy go zerwała się z łóżka, poprawiła chustkę na głowie i jęła mrugać powiekami, a wytrzeszczać czerwone oczy ze źle tajonym przerażeniem. - Gdzie chora? - spytał. -

Cytat

znalazłem kiedyś świetnie wyrażoną różnicę, jaka zachodzi między obroną w zwyczajnych, a obroną w tych właśnie sprawach. Brzmiało to tak: jeden adwokat prowadzi swego klienta po nitce do wyroku, wśród wiklin i tataraków, niby to czatując na kaczki. Dopiero głód pospolity wyrywał go z marzeń i pędził ku domowi. Częstokroć oplątany przez swe myśli tak rozwlekłe, że były prawie niczym, nie