- Cóż panu przyjdzie z pasa zielonego albo i z samego tam bobiku?
Stefan Żeromski Głowa mu z bólu pękała, w oczach się ćmiło. Spostrzegł śpiących, ale nikogo nie mógł poznać. Drżał na myśl, że jest sam jeden w jakimś miejscu wiecznego potępienia. Widział głowy, rozrzucone ręce i
odezwała się w nim jak głos surowy, mówiąc w głębi ducha, że nie wiadomo, co w owej chwili odchodzący czyni, nie wiadomo, czy nie żegna się z polami, z pracą swą, czy się nie modli... Odstąpili tedy
Cytat
bardzo wyszczuplał i stracił na sile. Zdarzały mu się minuty zamroczeń i "podpierania się nosem", toteż teraz jadł przyznaną i przeznaczoną dlań mamałygę z nieopisaną rozkoszą. W miarę zaś stałego
całował. Po raz ostatni upajał się cielesną wonią dotknięć, która jeszcze nie uleciała, ciepłem rozkosznych oddechów, co jeszcze nie ostygło. Cisnął wreszcie wszystko w otwartą walizę jak w grób,
Cytat
mgławice obłoków, nie skupione jeszcze pierwociny chmur cicho i sennie przepływały między gwiazdami. Ciałka ich mleczne nikło jaśniały od brzasku-poświaty gwiazd, by nieco dalej posunąwszy się w
roztoczone nad głową, gdy on się zbliża. Grała spółmiłośnicy, Karolinie, wyznanie nienawiści i głębokie, straszliwe ostrzeżenie... Gdy panna Wanda grać zaczęła, w jedną z ostatnich sonat Beethovena